Zdarza się Wam zacząć okropnie zrzędzić? Rzeczy wydają się w ogóle nie cieszyć, a stosy problemów piętrzą się w tempie szybszym niż jesteście w stanie je rozwiązywać?
W ostatnim intensywnym, zabieganym czasie właśnie to mnie dopadło. Mam nadzieję, że nie trwało to zbyt długo i że to doświadczenie nie poszło na marne – w takich sytuacjach na nowo odkrywam stare prawdy.
Najmniej fajne jest to, że w takim „zrzędliwym” stanie problemów nie ubywa, ale tempo radzenia sobie z nimi radykalnie spada, w związku z tym „górka” problemów rośnie i rośnie tworząc istne mentalne perpetuum mobile. Ludzie też uciekają od „zrzędliwców” i z dnia na dzień człowiek oddala się od tego, co może go uzdrowić, zostając sam z wyimaginowanym lub realnym stosem problemów.
W końcu usiadłem chwilkę w ciszy i dotarło do mnie jak ważne są słowa „W każdym położeniu dziękujcie” (1 Tes 5, 18). Ciągłe dziękowanie to postawa serca. Zawsze zdarzą się rzeczy do poprawienia, jak i te, które już działają. Zrozumiałem jak ogromnie ważne jest trenowanie się w postawie ciągłego dziękowania, co na dłuższą metę kierunkuje naszą codzienną, podświadomą postawę. Na czym na co dzień się skupiamy? Czy jest to „bieg z przeszkodami”, czy „przeszkody omijane biegiem”?
Skupiłem się na dobrych rzeczach i nagle znalazłem siłę, by zabrać się za cały bałagan, który okazał się nagle dużo mniejszy niż się wydawało…
Najbardziej wkurzające jest to, że jest do jedna z tych rad, które trudno zastosować. Łatwo to zrobić, gdy już się z tego stanu wyjdzie, ale w zrzędliwym stanie chce się tylko zrzędzić i koniec! Dziękowanie i wyrażanie wdzięczności wydaje się wtedy wymuszonym absurdem.
Można więc usiąść z kartką codziennie rano po wstaniu lub przed spaniem (albo w innej wolnej chwili!) i wypisać 5-10 rzeczy za które mogę być wdzięczny. Ostatecznie mnóstwo na raz zawaliło mi się na głowę, ale … jestem zdrowy i nic mnie nie boli (czy dziękujemy za to, czy przypominamy sobie dopiero, gdy jest odwrotnie?!), siedzę w przytulnym domku, jest we mnie wdzięczność za szczery list, który dostałem, za piękny widok za oknem… i tu zaczynamy się rozkręcać.
Dwie rzeczy zrobić jest najgorzej: zacząć i przytrzymać to.
Żeby zacząć wystarczy kartka, 5 minut skupienia i uczciwe pytanie „za co w tej chwili mogę być wdzięczny?”, 5 do 10 rzeczy dziennie i po miesiącu nie poznacie człowieka. Przytrzymanie tej postawy wymaga jednak wytrwałości. Zwykle, gdy tylko sprawy w naszych oczach przybiorą z powrotem dobry obrót, może po dniu, może po tygodniu, przestajemy dziękować i znów spadamy w dół.
Dlatego właśnie „w każdym położeniu dziękujcie”. To jak codzienne odżywianie. Albo prysznic obmywający z nas ducha zrzędliwości, któremu ciągle mało i wszystko jest nie tak, jak trzeba. Postawa wdzięczności jest jak mięsień, który ciągle trzeba trenować. Przestajesz – zanika.
Przy tych rozważaniach trafiłem na bardzo fajny termin, którego po polsku jeszcze nie znalazłem - Appreciative Inquiry. „Pytania, które zadajemy kierunkują naszą uwagę”… więc o czym częściej mówisz, piszesz, myślisz? O tym co się nie udało, zepsuło, rozpadło, co zawiodło? A może tym co się udało, co jest dobre, czego można się w danej sytuacji nauczyć? Czy przez przypadek nie babramy się codziennie w tym, co ciągle nam nie wychodzi?
Codziennie można zadać sobie uczciwe pytanie: „jak się ma dziś mój mięsień wdzięczności?”
2 Responses to Warsztaty ze zrzędzenia
Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi
-
Kategorie



Prawda. Doświadczyłam mocy dziękowania na własnej skórze. To niesamowite… Tak się stało, że zachorowałam wiosną na depresję. Brak chęci do życia, działania, pracy, porównywanie się, narastanie problemów – kilka miesięcy ogromnego smutku, niepokoju, wiele poranków zwiniętych w kłębek, wiele dni przespanych – lato wycięte z życiorysu… Ktoś ze znajomych zaprosił mnie w końcu na modlitwę dziękczynną. Wydawało mi się to absurdem w mojej sytuacji, nie miałam ochoty na spotkania i na takie eksperymenty.
Ale to był pierwszy krok. Dziękowanie otworzyło jakąś furtkę, wpuściło światło do mojego smutnego wnętrza. To doświadczenie chyba pozwala mi mówić dziś: „przechodząc przez dolinę płaczu, znajduje w niej źródło życia”.
Czytam dopiero teraz starsze wpisy. Czy brałeś kiedyś pod uwagę zebranie tych przemyśleń np. w książkę?
Hej Dorota! Miło, że wróciłaś :)
Smutno, że sprawy się tak potoczyły i Cię „wycięły”, ale mam nadzieję, że to była Twoja ciemna dolina, przez którą przeszłaś, a z jej drugiej strony jesteś już kimś innym, dojrzalszym i bardziej świadomym siebie samego.
Ja tak piszę, ale sam wiele razy mam problemy z tym o czym piszę – właśnie dlatego to robię :)
Jak chodzi o książkę to jest to moje ciche marzenie. Ale jest jeszcze za wcześnie. Jest parę bliskich mi osób cierpiących na depresje, poczucie braku celu albo poważnie poranionych i nie umiejących się pozbierać. Jeśli przejdę z nimi przez ich ciemne doliny i będę umiał im pomóc, będę gotowy, inaczej to będzie pusta paplanina…
Przesyłam poświąteczne pozdrowienia i życzenia końcówki roku pełnej Prawdziwej Ciebie :)